Myślę, że Łukaszenka może w ogóle nie rozumieć, o co nam i UE chodzi. Że uważa, iż z nami rozmawia się tak jak z Rosją, która ma w nosie, co Łukaszenka robi w swoim kraju z opozycją. Że to wszystko jest kwestia jakichś targów, "dogadania się". Że on nam coś da i wtedy my mu też coś w zamian damy (oczywiście on ma dostać więcej). Że nas tak naprawdę guzik obchodzą pobici i aresztowani kontrkandydaci na prezydenta. Jemu zapewne nie mieści się w głowie, że jeśli nawet naszym politykom rzeczywiście nie zależy na demokratyzacji Białorusi, to raczej nie mogą oni przechodzić do porządku dziennego nad tak ostentacyjnym łamaniem przez niego praw człowieka i obywatela. Nie rozumie już nawet Francuzów czy Niemców, a co dopiero Polaków z naszą fiksacją na punkcie niesienia innym wolności i demokracji - u nas niektórzy zdają się naprawdę uważać, że taka jest nasza misja dziejowa.
Łukaszenka to człowiek radziecki. Przesiąknięty wschodnim myśleniem o władzy, geopolityce, fasadowości wszelkiej demokracji. Przekonany, że my wprawdzie dużo gadamy o tych prawach człowieka i innych bzdurach, ale przecież nie możemy w nie wcale wierzyć (chyba, że jesteśmy idiotami), i że tak naprawdę u nas jest tak samo jak w jego kraju, co najwyżej bardziej elegancko. Widzi, że Putin może sobie rozpędzać demonstracje, że Chińczycy mogą sobie trzymać w więzieniu laureata pokojowej nagrody Nobla, a mimo to robimy z nimi interesy. Nie rozumie tylko, że jeśli nawet w istocie nisko sobie cenimy te wartości, którymi ciągle sobie gębę wycieramy, to mają one dla nas przynajmniej tak duże znaczenie, by słabej Białorusi nie puszczać zupełnie płazem tego, na co przymykamy oko w przypadku atomowych i surowcowych bądź ekonomicznych mocarstw.
Dlatego też, krytykując wczorajszą manifestację, Łukaszenka potrafi jednocześnie mówić:
Polska zrozumiała, co to jest Białoruś i dlaczego Białoruś potrzebna jest Polsce. Jestem przekonany - powiedział Łukaszenka - że jeśli Polska będzie prowadziła taką politykę, jak przez ostatnie trzy miesiące, to czeka nas świetlana przyszłość i będą tylko pozytywne efekty tej współpracy - dodał białoruski prezydent.
On jeszcze nie wie, jak brzmią w naszych uszach słowa "Polska zrozumiała, co to jest Białoruś". Jaką są one drwiną. Jakim kłopotem jest dla polskiego czy niemieckiego ministra spraw zagranicznych spacyfikowanie przez niego opozycji. On jeszcze myśli, że może nas przekonać: "Dobra, dałem im pałą po głowie, ale to moja sprawa, przecież to nie było wymierzone w was". Dlatego pozwolił sobie na niepotrzebną w gruncie rzeczy demonstrację siły na potrzeby wewnętrzne: nie sądził, że za granicą ktoś się tym naprawdę przejmie. Zapewne rzeczywiście uważa, że "Białoruś jest potrzebna Polsce" i to będzie najważniejsze. Nie zdaje sobie jeszcze sprawy z tego, że odrzucił właśnie pomoc kolegi z rozsądku i sam pchnął się w ramiona Rosji, dla której szuka wciąż alternatywy.
(Refleksje po przeczytaniu: http://www.tvn24.pl/12691,1686837,0,1,polska-zrozumiala--co-to-bialorus,wiadomosc.html)
PS Oj wieki mnie tu nie było. Chciałbym tu kiedyś wrócić na dobre, choć może w nieco innej niż kiedyś formule. Niestety, ten tekścik powstał trochę przypadkowo i pierwotnie miał trafić tylko na Facebooka, więc nie traktujcie tej notki (jeśli ktoś ją tu jeszcze przeczyta) jako zapowiedzi zwiększenia mojej aktywności. Bardzo żałuję, bo nawet dla siebie samego bym chętnie popisał.